wtorek, 13 listopada 2012

i'm quite alright hiding today...

Powinnam zdać Wam relację z Pchlego Targu, wiem. Ale tak naprawdę to chyba nie ma o czym mówić. Cieszę się, że wzięłam udział w tego typu wydarzeniu i na pewno to powtórzę, ale jednak jakiś taki niedosyt mi pozostał. Może dlatego, że calutki miesiąc bardzo intensywnie pracowałam nad zapełnieniem swojego magazynu, że straciłam kontakt ze światem? Właściwie miałam tylko 3 dni wolne ;-P.
Powiem tak: bycie projektantką mody w Polsce to ogromne wyzwanie. Czasem mi się wydaje, że żyję marzeniami (o tym, że będę się mogła z pracy kiedyś utrzymać - nie o tym, że będę pracowała u Diora). Wszystkie te cudowne bzdury o idealnym świecie w którym projektant jest celebrytą, mieszka w dizajnerskim lokalu, a czas spędza na podróżach i kupowaniu albumów o sztuce możecie wykasować z mózgu jeśli chcecie poznać świat polskich projektantów. Nawet ci najbardziej znani mówią (i im wierzę), że ich praca to ciągła harówa i tylko wygląda jakby se machnęli ołówkiem raz na jakiś czas w przerwie na papierosa.
Wszytko to nie zmienia faktu, że jestem projektantką, odkąd pamiętam chciałam nią być, więc nią będę. Koniec kropka.
Tylko, że coraz częściej myślę sobie : dlaczego muszę się zawsze namęczyć 3 razy bardziej niż mój kolega po fachu w Anglii?
Weźmy na przykład jedną ważną rzecz. TKANINY.
Moge je kupić w polskim internecie, jest spory wybór, ale 80 zł za 1 metr bawełny frotte....na szlafrok, albo ręcznik? W kolorach....szkoda mówić...
Jeśli zajrzeć do pierwszego lepszego internetowego sklepu angielskiego, znajdziemy 3 razy tańsze tkaniny przesyłka tańsza niż krajowa.
Zazdroszczę i trochę mnie to dołuje. A już na pewno podcina skrzydła.
Zaglądam czasem do Shoow Room....szaro, szaro, czarno...beżowo... czasem jakiś kolor. A wszyscy oszaleli na punkcie jakże "odważnej" spódnicy wełnianej Zuo Corp.  Denerwuje mnie to.
Jeśli będziecie kiedyś mieli okazję porozmawiać z projektantem, to zapytajcie go skąd bierze tkaniny i nie dziwcie się jeśli z Niemiec, Anglii, Czech... Wszyscy którzy myślicie, że świat mody w Polsce jest kolorowy, mylicie się. Jest szary jak listopad. I mam wrażenie, że właśnie tego Polacy oczekują. Kolorowe pozostają tylko marzenia, a my wciąż boimy się je zmienić w zamiary.
Piszę to wszytko, bo mam problem z tym zafałszowanym obrazem, który lansują media. To jest tak absurdalne jak szpital Copernicus z serialu (który jest halą wystawową, a prawdziwy toruński szpital pomoże ci umrzeć na ławce przed izbą przyjęć, zarazić się gronkowcem i nacieszyć się badaniem pacjenta z 5 metrów odległości -  prawdziwe historie)
Trochę dziś smutno, ale może pocieszy Was fakt, że nadal tu jestem, co znaczy, że pomimo tego strasznego, nieprzyjaznego i podłego światka wciąż wierzę w to co robię. Będzie lepiej :)


Pozdr.